Notki  linki  Menu

Bardzo zaległa notka! >> środa, 7 stycznia 2009 17:30:42
To nie z mojej winy, przez miesiąc serwis był niedostępny. A to, co chciałam tu dodać, zaraz wkleję.
O tym, że mimo wszystko jest dobrze
5 grudnia 2008 09.46
Wciąż coś się zmienia i choć bardzo często nie zdajemy sobie z tych małych zmian sprawy, one są i nas kształtują. Chciałabym teraz napisać o tym, co ostatnio czuję. Mam wrażenie, że rozpoczął się kolejny etap mojego życia (chyba już zupełnie dorosłego) i wszystko powoli nabiera trochę innego znaczenia, innej wartości i barwy.
Bardzo dużo i mocno czuję i nie boję się tych uczuć. To rewolucja, bo wcześniej nie należałam do osób, które są wylewne i mówią wprost. Tak przynajmniej ja siebie pamiętam. Teraz jest mi łatwiej, czuję, że mogę się wypowiedzieć, że nie muszę się zastanawiać nad każdym słowem, choć oczywiście powinnam być świadoma tego, co mówię.
To taki czas, w którym odkrywam siebie. Dochodzę do wniosku, że więzi łączące mnie z rodziną, nie są mi obojętne. Niestety często jest tak, że tę prawdę uświadamiamy sobie dopiero w chwili, gdy coś się dzieje. To coś musi mieć ogromne znaczenie, musi przesądzać o dalszym życiu. Tak właśnie jest ostatnio. I chyba sprawdza się kolejne powiedzenie, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
Dziś jest piąty grudnia. To szczególny i magiczny dzień, wigilia szóstego grudnia. Wiem, że to oczywiste, ale piszę o tym, bo to dla mnie ważne! Tego dnia, jak byłam mała, czułam, że niedługo wydarzy się coś niezwykłego. Czekałam na to.
Teraz jest inaczej, choć też czekam. Chciałabym, żebyśmy byli razem, żeby nasze kontakty nie ograniczały się tylko do spotkań na ślubach i pogrzebach. Jesteśmy rodziną, to do czegoś zobowiązuje i pozwala mieć wokół siebie ludzi, którzy w dobrych i złych chwilach nie odwracają się z myślą: „To mnie nie obchodzi.” Mamy wspólne korzenie i wspomnienia, czasem podobne cechy charakteru i wyglądu. Nie uciekajmy od siebie!
W domu dziś jesteśmy tylko dwie. Mama czuje się trochę lepiej, ale to nie jest stan, w którym można całkiem normalnie funkcjonować. Wyczuwalna jest inna atmosfera, jakaś bezsilność. Ciągle staram się być dobrej myśli, w końcu tyle osób to wszystko przeżywało i wygrali, to i nam może się udać!
Dużo refleksji. Kolejny rok za mną. Bardzo dużo się zmieniło, tyle sobie uświadomiłam. Myślę, że mimo przeróżnych moich stanów, nieźle się trzymam. Nie lubię tak o sobie mówić, bo mam wrażenie, jakbym się przechwalała, ale z drugiej strony, czasem potrzeba znaleźć w sobie coś na plus. Radzę sobie i te wszystkie doświadczenia pozwalają mi wierzyć, że nie poddam się tak łatwo.
Dobrze mi w domu, potrzebuję tego miejsca i bliskich mi ludzi. Innych drogich mi przyjaciół, też potrzebuję i doceniam każdą spędzoną razem chwilę. To wspaniałe wiedzieć, że nie jestem sama, że mogę liczyć na innych. Nie raz się o tym przekonałam i mam nadzieję, że w miarę możliwości będę mogła się odwdzięczyć.
Zmiana mieszkania też raczej wyjdzie mi na korzyść. Potrzebuję samodzielności i normalnego pokoju, kuchni, łazienki i wszystkich domowych czynności. Mam dość piwniańskiej atmosfery, już mi tam zaciasno.
Ten ostatni dzień mojego 21 roku przeżywam z nadzieją i spokojem. Wiem, że najważniejsza jest wiara, przyjaciele, rodzina. Zamierzam iść tą drogą dalej mimo upadków.

komentarze [0]

To co ważne i niesamowite >> wtorek, 2 grudnia 2008 17:10:16
Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co niedawno usłyszałam.
Byłam na koncercie w Filharmonii Narodowej organizowanym przez fundację zajmującą się krzewieniem kultury wśród niepełnosprawnych. hm, nawet nie tak! Oni chcą pokazywać osoby z różnymi dysfunkcjami. Te osoby mają występować a przez to pokazywać, że można mimo różnych ograniczeń fizycznych.
Dwa razy do roku będą odbywać się koncerty w filharmonii, których wykonawcami będą niepełnosprawni, którzy mają styczność z muzyką i chcą się podzielić swoimi umiejętnościami i przeżyciami z innymi.
Dziś występowały osoby, które wiele łączy.:) Wszyscy, wcześniej czy później, trafili do Lasek. Każdego z nih znam i każdy jest niesamowity i dostarczył mi dziś wielu wzruszeń. Troje nie widzą, ale się nie poddają i wychodzą do ludzi i do świata.
Najpierw śpiewała Aniuta. Wszystkie pieśni, które dziś zaprezentowała, nie były mi obce a mimo wszystko zachwycałam się każdym dźwiękiem. Ona ma przepiękny głos, który po prostu chwyta za serce. Ponad to, jest orginalny i charakterystyczny.
Siedziałam, uśmiechałam się całą sobą i dziękowałam w myślach, że jest taka osoba wśród nas.
Potem wystąpił Damian Pietrasik, którego również znam. Zagrał kilka własnych kompozycji, które sprawiły, że miałam ochotę unieść się nad ziemię i lecieć. To, co czułam przez te pół godziny, jest nie do opisania. Po prostu zachwyt i szczęście! Jak to ładnie można się wyrażać poprzez muzykę. To niesamowity dar!
Na końcu zaśpiewała Wiesia Stolarczyk. Jej ostatnie piosenki wywołały u mnie tyle uczuć i myśli, że nie byłam w stanie się powstrzymać od łez. Czułam zachwyt i wzruszenie, ale najbardziej docierało do mnie, ile prawdy jest w tych słowach, które słyszałam. Jakby ktoś moje myśli ułożył w wiersze, albo jakby to były wskazówki dla mnie; co robić i jak żyć. Nie wstydziłam się tych łez, widocznie były mi potrzebne. Wyrzuciłam z siebie emocje, których się dużo nazbierało. Takie małe i dość spokojne, choć gwałtowne, wyładowanie.
Teraz można iść dalej. Nie wiem, co się jeszcze wydarzy, ale jestem przekonana, że cokolwiek by nie było, muszę mieć siłę, nadzieję i odrobinę zdrowego rozsądku.
Płynie dzień za dniem i wciąż coś się zmienia albo okazuje. Wczoraj mama dostała pierwszą chemię. Jak rozmawiałam z nią wieczorem, czuła się dobrze. Nie wiem, jak jest dziś.
Takich serii będzie miała osiem. Mam nadzieję, że nie zwątpi i że nadzieja jej nie opuści. Ja staram się myśleć pozytywnie i raczej mi to wychodzi. Bywają gorsze chwile, ale jak mogłoby być inaczej? To jest wielka niewiadoma, której czasem towarzyszy strach. Trzeba nauczyć się z nim walczyć.
Także wczoraj okazało się, że Piotrek znalazł mieszkanie do wynajęcia. Jest ono na Woli, na ulicy, której nazwy jeszcze nie pamiętam. Właściciele bardzo uprzejmi, już podpisaliśmy z nimi umowę. Problemem są meble, których nie jest tam zadużo, ale jakoś sobie poradzimy. Trzeba będzie kupić łóżka i nie wiem, co jeszcze.
Zrobiłam się senna. Ale jeszcze coś napiszę.
Te kilka ostatnich dni jestem sama w pokoju. Basia wyprowadziła się (wróciła do domu). Mam dużo przestrzeni, święty spokój i drugie łóżko do rozkładania rzeczy. Bardzo dobrze, łatwiej mi będzie przy pakowaniu.
Jak widać wrażeń dużo. Pisania na teraz dość, trzeba by się zabrać za czynności dnia codziennego.
komentarze [0]

Dzieje się >> czwartek, 27 listopada 2008 23:01:07
Od czego zacząć i o czym pisać? To nie smutek tylko zament w głowie, brak nie aż taki nagły, bo mogliśmy przypuszczać, że ten dzień niedługo nadejdzie. Nadszedł dziś. Jutro jadę do domu, bo pogrzeb babci jest w sobotę. Uczucie mi towarzyszące to bardziej brak jak już napisałam. Mam świadomość, że odeszła kolejna osoba z mojej rodziny i niczego więcej się od niej dowiedzieć nie można. Odszedł człowiek a z nim jakaś jego historia.
Dokładniejsze wyniki mamy badań będą w poniedziałek, więc na razie i w tej sprawie niewiadoma. Moje nastawienie zmieniło się, duży wpływ miała na to książka Kamila Durczoka. On miał nowotwór, miał hemię i żyje. To nie wyrok, warto i trzeba myśleć pozytywnie. Najważniejsze jest zdrowie, jak ono będzie, nic więcej nie potrzeba.
No niby tak, ale wciąż wisi nam nad głowami kredyt taty. Ostatnio wzrosło oprocentowanie, czy coś w tym rodzaju i znowu kwota do płacenia jest wyższa. To tak, jakby mama prawie nic nie spłaciła a robi to od prawie dwóch lat.
Czasem mam chwile słabości, ale mam wrażenie, że coraz rzadziej. Od czasu do czasu jakiś zawrót głowy i kompletny rozstrój a potem wszystko wraca do normy. Nie mogę się poddawać, nie mam na to czasu ani możliwości. Chęci też nie mam. Mimo wszystko ta jesień, choć tak bogata w różne wydarzenia i wypadki, jest do przeżycia. Nasuwa się stwierdzenie: "Co nas nie zabije, to nas wzmocni." Nie wiem, czasem mam dość, ale zadużo jest do myślenia, żeby usiąść tak po prostu i płakać. I jeszcze mam gdzie wylewać swoje troski, żale i radości. Najczęściej odbiorcą ich jest Filip. On z resztą i słowem dobrym mnie wspiera. Mam wspaniałych, kochanych i niezastąpionych przyjaciół.
A za oknem trochę cieplej. Stopniała namiastka śniegu. Sennie okropnie, po południami jestem nie do życia.
Mam dużo planów na najbliższy czas. Chcę być systematyczna w ćwiczeniu na skrzypcach i w nauce - to jest możliwe, wiem to po ostatnich miesiącach. Dochodzę do wniosku, że do mnie też całkiem sporo dociera, mój mózg pracuje jak należy.
Z tego co tu pisze wynika, że choć jest pod górkę, da radę się piąć, choćby powoli, ale do przodu.z

komentarze [1]

Huśtawka nastrojów >> wtorek, 18 listopada 2008 13:36:53
Brak wiadomości powoduje niepewność. Różne myśli przychodzą do głowy. Czekam na telefon od rana. Nic nie wiem poza tym, że jechali. Pewnie dojechali. A teraz, co się dzieje?
Tak siedzę i czuję się raz lepiej a raz gorzej. Nie chcę się poddawać, nawet nie mogę tego zrobić. Nadzieja jest, ale czasem silniejszy od niej staje się strach. No bo dlaczego to życie tak się toczy? Myślałam, że obejdzie się bez chemioterapii a tu wczoraj taka wiadomość... Wszystko się odnowiło, trzeba jaknajszybciej jechać do Bydgoszczy. Jednak chemia... Ona może pomóc! Może tak, ale osłabia organizm. Co powiedzą lekarze?
Najchętniej nigdzie bym dziś nie szła. Tu mam przynajmniej względny spokój. I mogę pisać, kiedy czuję taką potrzebę. Słucham muzyki.
Filip napisał do mnie kilka dobrych słów, jestem mu za to ogromnie wdzięczna! Chciałabym, żeby u Niego też wszystko się już ułożyło i żeby mógł robić to, co wcześniej.
I chciałabym też normalne święta! Dwa lata temu było trochę podobnie, dlaczego teraz znowu takie wiadomości? Nie chcę być w domu sama. To jeszcze nie czas! Ja wiem, że to nie musi być wyrok, że ludzie mają chemię i żyją latami. Ale tyle wątpliwości...
komentarze [1]

Po domowemu >> piątek, 14 listopada 2008 16:49:30
Od soboty jestem w domu. To mój własny dom a jestem tu rzadko. I to jeszcze na dodatek, niezawsze czuję się tu dobrze i jak u siebie. Chciałabym doceniać te chwile, ale czasem jest zbyt trudno. A potem żałuję, gdy jest lepiej, albo gdy muszę wyjeżdżać.
Teraz jest nieźle. Wprawdzie swobodę mam mniejszą, bo nie znam miasta tak, jak Warszawy a jak jest mama to na pewno samej mnie nigdzie nie puści. Co drugi dzień pracuje, więc mogłabym wtedy wyjść, ale nie mam po co ani do kogo. Mam tu mało znajomych.
Za to dużo czytam, gdy jestem sama, uspokajam wszystkie moje myśli, wysypiam się, odpoczywam od Warszawy, która choć już nie taka obca, wciąż nie do końca moja.
Tutaj nawet powietrze pachnie inaczej. Jednego dnia była u mnie Fiona na trochę.:) Mam czas na pisanie i czytanie.
Czasem potrzeba takiej odmiany. Ale ten czas gna jak szalony! Przez to, że budzę się przed piątą, potem zasypiam i budzę się rozbita.
W niedzielę wracam do Warszawy. Nie wiem tylko jeszcze, rano czy wieczorem.
komentarze [0]

Bezczynności nie! >> wtorek, 11 listopada 2008 11:38:07
Nie pierwszy raz jestem w domu, ale dopiero wczoraj zdałam sobie sprawę, że to tak jest. Zachodzi taka zależność: tutaj nic takiego nie robię, więc zaczyna mnie to dobijać. Pojawia się poczucie bezwartościowości, bezsensu czegokolwiek i zaczynam wąątpić. Mam w takich chwilach wrażenie, że ktoś zabrał część mnie, tę lepszą część. A może ona sama zniknęła? Ale gdzie?! No i gdy tak siedzę i nie mogę znaleźć sobie miejsca, czuję pustkę w głowie i w całej sobie. Chciałabym coś napisać, ale żadne odpowiednie słowa nie przychodzą na myśl. Z resztą, czy ja mam ochotę wtedy pisać? Nie, choć chciałabym się do kogoś czasem odezwać, przekazać kilka słów. Nie da się jednak, bo staje mi coś na przeszkodzie. Coś w rodzaju muru, przez który nic nie może przeniknąć.
Przeraża mnie to! Nie wiem, co zrobić. Tracę szacunek do samej siebie, przestaję siebie choć trochę lubić i doceniać. Czuję się, jak nikt. Taka niepotrzebna, nijaka. Wszystko wokół też jest takie. Nie słucham niczego, bo nie ma nic, co by mi akurat odpowiadało. Niedobrze jest tak tkwić bez celu, ale zrobić coś, też niedobrze.
Wydaje mi się, że świat stracił kolory. Nie ma ideałów, do których możnaby dążyć, nie ma czegoś takiego, dzięki czemu mogłabym znowu poczuć, że unoszę się w powietrze. Nie ma czym się zachwycać... Co to w ogóle jest zachwyt? I po co?
Dziś o tym piszę, bo wszystko widzę inaczej. Łatwiej mi opisywać to, co czuję w tych chwilach. To bardzo niemiłe uczucie! Mam nadzieję, że minęło i długo nie wróci.
Chyba coś w tym jest, że jesteśmy tacy, jakich siebie sami widzimy. Choć czasem mam co do tego wątpliwości. A jeśli inni widzą w nas zupełnie kogoś innego, niż nam się wydaje?
Jaka jest prawda?
komentarze [0]

Przedlistopadowo >> piątek, 31 października 2008 21:30:10
Takich kilka zdań może uda mi się sklecić. Nie mam zielonego pojęcia, czy będą one sensowne, ale chcę pisać! Pisać właśnie teraz, wypowiadać swoje myśli.
Dziś po południu byłam na dość krótkim spacerze. Przy okazji zdobyłam receptę na Krzywym Kole i kupiłam leki. Jednak człowiek uczy się na błędach. Jeszcze pamiętam, jak się czułam po dwuch tygodniach odstawienia; nie chciałam tego przeżyć po raz klejny. Przemogłam się warto było, bo wizyta trwała niecałe 5 minut.
Poza tym, wciąż zachwycam się autobiografią Chmielewskiej i w ogóle jej książkami. Ma kobieta styl: poczucie humoru, wyobraźnię, ciekawe życie. Gdy tak czytam, regeneruję siły na kolejny dzień. Poprawia mi się nastrój, mniej myślę o sprawach, które w jakimkolwiek stopniu mnie dotyczą.
Ostatni dużo się dzieje, często dwiaduje się o kolejnych komplikacjach, dobrych wieści mniej... A w sercu i tak dużo nadziei i wszystkiego, co w takich chwilach potrzebne. Niezawsze czuję się szczęśliwa, ale nie wątpię i wciąż wiem, że stoję na ziemi całkiem stabilnie.
To chyba jakiś przełom, może już to jakiś czas temu stwierdziłam, ale naprawdę coraz bardziej jestem o tym przekonana.
Najlepiej mi w ciszy, w spokoju. Potrzebuję czuć wokół siebie dobrą przestrzeń. Dużo myślę, bardzo dużo. No a co innego miałby mój mózg mieć do roboty? A potem te myśli przekształcają się w sny albo w ich fragmenty. Bardzo to barwne.
Jeszcze coś bym napisała, bo czuję, że nie ze wszystkiego się tu wyspowiadałam. Ale co tu więcej mówić, po co być kimś monotematycznym?... Zobaczymy, co kolejny dzień i miesiąc przyniesie. Choć to listopad, niech będzie tym razem dobry! Proszę!
komentarze [0]

Nadzieja >> czwartek, 30 października 2008 20:52:11
Nadzieja jest tak bardzo potrzebna. Gdy wiary coraz mniej, pozostaje ufać, że to jeszcze nie jest ostatnie słowo, jeszcze jest szansa.
Chcę i powinnam o tym pamiętać! Niewarto się poddawać, bo jakby wszyscy poddali się, kto by podnosił nas na duchu? Zresztą, jak mam więcej nadziei, czasem to co niemożliwe, staje się możliwym.
Myślę. Chcę Tobie wysłać dobrą energie a nie złą! Choć smutek to jaknajbardziej ludzka rzecz.
Staram się, jak mogę. Jest chyba nieźle, bo wciąż mam poczucie, że jakby nie było, ważne, żeby żyć.
Niewiadomo dlaczego dzieje się tak a nie inaczej. Po coś to jest.
Po coś nadzieja i po coś zwątpienie.
Czasem zwalniam i zastanawiam się nad tym, co istotne. Wtedy wiem, że każdy kogo spotkałam, jest wyjątkowy i niepowtarzalny.
A jeśli okaże się, że nie będzie tak, jak byśmy chcieli? Też trzeba się jakoś z sytuacją pogodzić, przyjąć ją taką, jaka jest. Nauczyć się żyć ze świadomością, że niewarto się poddawać! Czasem to trudne...
Tyle razy nie ja jedna zadaję sobie to pytanie: Po co t wszystko?
Nadziei nie tracę!
komentarze [0]

Mój mały świat >> wtorek, 28 października 2008 11:33:03
A może powinnam napisać mały, bo on chyba taki jest... Ale za to w nim dużo się dzieje, czasem chyba aż zadużo. Mimo wszystko nie zamieniłabym się z nikim, bo nie zobaczyłabym tego, co mam możliwość oglądać. Nie zachwyciłabym się tym, czym się zachwycam. Nie poznałabym tych, których znam.
No i muzyka: różnorodna, ciekawa, wartościowa. Czasem barok a czasem coś współczesnego. Wszystko w zależności od nastroju.
Teraz rozbrzmiewa Vivaldi; skrzypce. Co ten człowiek czuł, gdy to pisał? Mnie jego muzyka uspokaja, przywraca równowagę umysłowi, który niekiedy nie może pogodzić się z rzeczywistością. Dlaczego ona taka? Każdy biegnie w swoją stronę i tylko na blogach można przeczytać o wrażliwości, cierpieniu i człowieczeństwie, które (niby dla własnej ochrony) chowa się gdzieś głęboko. A ja się często dziwię, spotykając kogoś, czemu on taki? Jakby w ogóle nie słyszał o czymś takim jak przyjaźń, współczucie, brak. Jest kimś beztroskim, kto prawie wszystko ma gdzieś. Te słowa piszę trochę wbrew sobie, ale tak właśnie myślę. Nie wiem, może ja też reprezentuję ten typ człowieka, może tylko tak mi się wydaje, że staram się zwracać uwagę na to co wokół, bo przecież swoje myśli i odczucia znam, mam porównanie.
Czasem tak bardzo nie chcę wracać do tego naszego zwykłego świata! Mogłoby być tu inaczej, to dlaczego nie jest, choć każdy z nas chce jaknajlepiej... Boimy się mówić o sobie, o tym, c w nas.
Ja lubię spokój. Nie zastój a właśnie spokój i poczucie bezpieczeństwa. Czasem najchętniej zaszyłabym się gdzieś, tak żebym mogła od czasu do czasu coś wystukać, gdzieś zadzwonić, ale nic ponad to.
We mnie ciągle jakieś zmiany, wreszcie nie boję się mówić. Staram się realizować swoje plany, podejmuję decyzje. Niewszystkie są łatwe, czasem trzeba iść na kompromis. Odwagi dodaje mi świadomość, że to moje życie, że jak nie ja, to kto o nie zadba?
Brak mi słów, którymi mogłabym nazwać moje myśli. To, co jeszcze mi się nasuwa to stwierdzenie, że nie jesteśmy sami na świecie. Ktoś nad nami czuwa.
komentarze [0]

Jest OK! >> czwartek, 23 października 2008 12:19:29
Wczoraj miałam natchnienie. Objawiło się ono tym, że napisałam tytuł notki i aby kolejnej nie wcięło, dodałam. Potem zaczęłam pisać. Ale senna byłam okropnie i mózg odmówił posłuszeństwa. Przesiedziałam tak z klawiaturą na kolanach i ze słuchawkami na uszach dłuższy czas. Niekiedy docierały do mnie dźwięki - Anna Maria Jopek. A po południu czytałam czwarty tom autobiografii Chmielewskiej. Miało mi to zabrać dwie godzinki, ale gdy się opamiętałam i stwierdziłam, że już 19, książka była skończona. Coś te środy takie sprzyjające długiemu czytaniu. A potem niech się nie dziwię, że mnie nosi.
Wieczorem napisała Monika, że słyszała reportaż z radia Euro, że Filip się wypowiadał. Jasne, że mnie ta wiadomość ucieszyła! Już przedwczoraj był w wiadomościach, ale u nas jedynka nie odbiera, więc nie oglądałam. Reportaż znalazłam i muszę powiedzieć, że miło jest usłyszeć znajomy głos! I ta świadomość, że przynajmniej o tyle jest lepiej! To ważne.
Teraz będzie kilka akcji na rzecz Filipa. Zebrane na nich pieniądze, przeznaczone będą na operacje w Szwajcarii (tamtejsi lekarze są w stanie uratować Filipowi nogi; w Polsce to niemożliwe), leczenie jednak jest kosztowne - ponad pół miliona złotych.
Mam nadzieję, że uda się zebrać potrzebną sumę wspólnymi siłami.
A jeśli o mnie chodzi, mam się naprawdę dobrze. Wiadomości o Filipie dodają wiary, że niewszystko stracone. Na studiach też dobrze. Na skrzypcach ćwiczę. Jest we mnie wyjątkowo dużo sił. Coś gna mnie do przodu i nie pozwala wątpić i załamywać się.
komentarze [1]

Wreszcie! >> sobota, 18 października 2008 15:14:37
Nie pisałam wcześniej, bo ciągle się bałam, że coś się zmieni i znów będzie wielka niewiadoma. Tym razem jednak nie powinno być już żadnych problemów.
Dziś rano Adam wszedł do Usosu i wreszcie wszystko było w porządku. Mogłam się zarejestrować.
W poniedziałki mam mało wolnego, we wtorki coś tam też jest, czwartki też trochę zajęte. Wychodzi na to, że środy i piątki będą wolne, ale kto wie, może coś się jeszcze zmieni.
Naprawdę bardzo się cieszę, że wszystko jest już załatwione i że i dla mnie zaczyna się rok akademicki. Ten początek października (kręcenie się między Piwną a uczelnią, ciągła niepewność i dużo wolnego) to był dziwny czas. Nie wakacje, ale nie początek roku i różne zajęcia. Takie zawieszenie między jednym a drugim.
Nie mogę się doczekać poniedziałku!
Aha, zapomniałam napisać, że jestem na specjalizacji filologia dla mediów. Nie żałuję tego wyboru, z resztą - lepszego i ciekawszego dla mnie nie było.:)
komentarze [0]

"Chodzi" mi po głowie >> poniedziałek, 13 października 2008 10:57:18
Teraz to już naprawdę jesień, czuję to całą sobą. I zaczęłam słuchać Katie Melua a jej piosenki kojarzą mi się z tą porą roku albo z późną zimą.
Minął weekend. Sobotę mogę zaliczyć do dni bardzo udanych, niedziela była średnia, ale wszystko pod kontrolą. Tylu spotkań co w sobotę, to już dawno nie miałam! Z jednego musiałam zrezygnować, bo grafik zbyt napięty.:) Wreszcie posiedziałam trochę z Darią i z Becią. Jak zwykle było dość dużo śmiechu, czasem nawet nie wiedziałam, co jest jego powodem... Ze mną coś nie tak, czy może odzwyczaiłam się od tak spontanicznych reakcji? Ale było miło:)) Stęskniłam się za dziewczynami, za tymi wybuchami śmiechu, za tym wszystkim. Poznałam też Angelikę, o której już trochę słyszałam. Trudno było mi sobie wcześniej wyobrazić, jaki ma głos, ale nie przypuszczałam, że ma akurat taki.
Późnym wieczorem pojechałam na Jelonki, gdzie w klubie czekały na mnie Ania i Dorota. Było głośno, bo włączyli mecz. Czułam się, jakby zaraz miało się zacząć karaoke; wieczory w klubach tak właśnie u mnie do tej pory wyglądały. Eh, pośpiewałabym sobie! Dobrze, że niedługo będę miała okazję.:D
U Doroty nocowałyśmy i przesiedziałyśmy pół niedzieli. Było spokojnie, miło, jakby czas się zatrzymał. Nastrój zmienił się, gdy zadzwoniła do mnie mama. Ja rozumiem, że się martwi, że chciałaby, aby wyjaśniło się ze studiami, ale jak mówi do mnie takim tonem i w ogóle niemiło się robi... Ona przeze mnie wykończy się psychicznie, cały tydzień chodzi chora, a jestem jak ojciec. Stara śpiewka, ale nie jestem całkiem odporna na nią jeszcze. Potrzebuję chwili, aby sobie wytłumaczyć, że tak jest zawsze, więc nie mam się czym przejmować. I tak nic w niedzielę nie załatwię a że mama mówi, że powinnam... no to trudno, różne rzeczy mówi. Nie mogę pozwolić, aby wszystko co słyszę, oddziaływało na resztę dnia.
Nie napisałam jeszcze, że w sobotę byłam na rodzinnym obiedzie u Adama. Było dobre jedzenie, miła atmosfera. No i wygłaskałam Dudusia!:D Odkąd zajmowałam się Fioną, jamniki stały się mi bliższe. Duduś jest od Fionki dłuższy i ma dłuższe uszy.
A dziś myślę o tym wszystkim. Mimo różnych niepowodzeń czuję, że dam radę.
komentarze [0]

Jakieś myśli... >> niedziela, 5 października 2008 15:31:22
Naprawdę, nawet nie wiem do końca, co chcę napisać. Jak usłyszałam przed chwilą, że Filip już rozmawiał, ale teraz znów go podłączyli do respiratora, bo ma jakieś zakażenie, znów poczułam ten niepokój i smutek... Bo to coś zupełnie innego, myśleć o kimś a coś innego o nim słyszeć. Te aktualne wiadomości powodują, że wszystko odżywa, jakbyktoś dotknąć jeszcze nie całkiem zagojonego miejsca. Nic na to nie poradzę, że martwię się i boję o Filipa...
W czwartek byłam u lekarza. Znów biorę zotral, więc bez zmian, tylko że miałam dwa tygodnie przerwy i organizm chyba się odzwyczaił. Jakąś godzinę po połknięciu tabletki, robi mi się niedobrze. Mam wtd wrażenie, że już nic nie będę jadła, że jedzenie jest wstrętne. Po mniej więcej dwóch albo trzech godzinach, dolegliwości mijają. Ale w ogóle od kilku dni nie mam wielkiego apetytu, może wpływa na to przeziębienie, które leczę wytrwale i już są skutki!
Poza tym, tęsknię za życiem studenckim, które dla mnie się jeszcze nie zaczęło. Niewarto gubić karty egzaminacyjnej, niewarto zaniedbywać dyżurów wykładowców, bo potem trudno zdobyć potrzebne wpisy.
Może uda mi się niedługo zmienić mieszkanie. Kamila znalazła się w takiej sytuacji, że musi się wyprowadzić z wynajmowanego pokoju. Skoro z Asią mieszkać nie będę, może z Kamilą da radę? Jak mieszkałyśmy razem miesiąc, było bardzo dobrze.
I tak na koniec: Co to się dzieje, że tyle osób żeni się albo wychodzi za mąż...? Moi znajomi, których pamiętam z podstawówki, zakładają rodziny: Aniuta, Marta a dziś dowiedziałam się, że żeni się Adam. Nieźle! Najbardziej nastawiona byłam na to, że Aniuta z Markiem się pobiorą, w końcu są razem już 7 lat.
komentarze [1]

Do pracy! >> środa, 1 października 2008 12:16:44
Bez żartów i bez zbędnych słów. Nie chcę potem żałować! Kiedy jest czas na siedzenie, to ok, ale ja mam co robić już od dawna. Mało robię, odpuszczam sobie. Ostatnie wydarzenia przybiły mnie dość mocno, ale to nie znaczy, że teraz będę tylko rozmyślać. Nie ma na to czasu i na dłuższą metę taka bezczynność męczy . To takie błędne koło, które aż za dobrze znam. To wszystko przerabiałam już nie raz. Tak chciałabym wreszcie powiedzieć któregoś dnia, że było źle, ale zrobiłam kilka kroków do przodu. Chciałabym widzieć rezultaty swojej pracy.
Inaczej, niepotrzebnie się stresuję, tak jak dziś, jestem w gorszym nastroju, obwiniam i ochrzaniam siebie. Ale co z tego, że pokrzyczę gdzieś wewnątrz? Nic.
W najbliższym czasie powinnam:
1 Wstawać o regularnych porach, aby czasu na obowiązki i przyjemności mieć więcej.
2 Jeść śniadanie na spokojnie.
3 Przed południem zajmuję się nauką, ćwiczeniem - tym, co powinnam.
4 Gdy zrobię wszystko pozostaje czas na czytanie, słuchanie, spotkania itp.
Do poprawy:
A. Systematyczne (codzienne) ćwiczenie na skrzypcach; nie ma usprawiedliwień typu: teraz nie mam nastroju, tylko chwilę posłucham, potem się za to zabiorę, jest za późno. To ja ustalam plan dnia i znając siebie, muszę go tak ułożyć, aby mieć siłę i warunki na wszystko.
B. Czasem zdarza się tak, że coś nie wyjdzie; porażki nie mają prawa mnie wyprowadzić z równowagi.
C. Silna wola, spokój, świadomość po co, to robię i ile mam czasu.
D. Więcej dystansu i luzu.
E. Coś na pewno umiem, aż takim beztalenciem nie jestem; więcej wiary.
F. Kompleksy do szafy.
G. Marzenia są piękne, ale nietylko nimi żyje człowiek. Jeśli się da, wprowadzać je w czyn, może warto?
H. Od słów do czynów.
I. Nie od razu Kraków zbudowano, cierpliwości.
Na razie to tyle, wystarczająco dużo na kolejny początek.
Grunt to nie załamywać się. Do przodu z rozsądkiem i odrobiną szaleństwa, jeśli jest okazja.
komentarze [1]

Moje smutki >> sobota, 27 września 2008 16:45:34
Wciąż to samo, ale pisać muszę. Prawie każdego dnia zżera mi pierwszą notkę. Jeśli mam siłę i cierpliwość, piszę jeszcze raz.
W głowie myśli jednakowej treści; w tle przewijają się różne inne, ale te są ciągle. Te same wątpliwości, pytania, ból. Tyle myślę o tym wszystkim... Dlaczego tyle? Znam odpowiedź na to pytanie, tak mi się wydaje, że znam: Filip to dobry przyjaciel. Ma coś, czego często szukam. No, dostrzegam to tak wyraźnie dopiero teraz, gdy zwolniłam i rozmieniłam tę znajomość na drobne. Przypominają się różne słowa, jakieś sytuacje i uczucia mi wtedy towarzyszące. To nie żadna litość! Zawsze go ceniłam.
Czasem człowiek traci głowę i nie pamięta o tym, co najważniejsze. Docenia, ale nie docenia. A potem tysiące myśli i tyle smutku!:(
Gdyby to ode mnie zależało... to co? Jestem tylko jedna, więc co mogę zrobić? We właściwym czasie postaram się być szczera i taka, żeby przekazać wszystko to, co teraz czuję. Czy warto? Chyba tak...
W duszy mam tyle nieokreślonych uczuć. Jakby cofnął się czas o kilka lat. Przeżywam to po raz drugi, tylko że już nieco więcej świadomości i mniej dzikości. Chcę być sobą, nie chcę nic ukrywać.
Ciągle słucham jakichś starych kaset albo płyt. One mi pomagają a może czasem utrudniają... Nie mogę uspokoić myśli...
Tyle myślę, pamiętam. Skoro nie ma przypadków, po co to? Nad czym powinnam się zastanowić? Może coś mam zmienić?
komentarze [2]


e-niebieskooka
Dodaj do ulubionych



eithneewe-linkaa



Księga gości

O mnie

2006
kwiecień (4)
maj (12)
czerwiec (11)
lipiec (2)
sierpien (5)
wrzesień (5)
październik (2)
listopad (9)
grudzień (9)

2007
styczeń (9)
luty (7)
marzec (7)
kwiecień (10)
maj (10)
czerwiec (12)
lipiec (10)
sierpien (10)
wrzesień (8)
październik (8)
listopad (7)
grudzień (4)

2008
styczeń (6)
luty (5)
marzec (5)
kwiecień (7)
maj (2)
czerwiec (4)
lipiec (2)
sierpien (1)
wrzesień (7)
październik (8)
listopad (4)
grudzień (1)

2009
styczeń (1)







©MyLog.pl